Lato skaliste. Oman 2016—cz. 1

To wymowne, że pierwszą rzeczą jakiej w Omanie doświadczyłem są roześmiani urzędnicy.

Po wyjątkowo długim czasie bez podróży–od Warszawy minęło w lipcu siedem miesięcy–postanowiliśmy znów gdzieś pojechać. Z racji mieszkania tu przez cztery lata nie uznaję Bahrajnu za wyjazd zagranicę, ale do krajów regionu–jak najbardziej.

Pierwszy dzień w połowie spędziliśmy w podróży. Dwugodzinny lot z Muharaku zakończył się około dziesiątej rano, ale samochód był gotowy dopiero o piętnastej. Gdy przechodzimy odprawę paszportową, celnicy śmieją się do nas z faktu iż jeden z nich nazywa siebie poliglotą. “Jak nie znacie francuskiego, to nie pogadamy.”

Brytyjka czekająca za nami w kolejce przylatuje tu co roku na wakacje. Co roku się gubi.

Kolejne dwie godziny spędziliśmy na szukaniu hotelu i walce z samochodem, który nie chciał się zamknąć. Szybkim, wieczornym spacerem zakończyliśmy dzień, rzucając okiem na Meczet Mahometa Al Ameena. Wieczornym by uniknąć słońca, szybkim, bo i tak gorąco.

Kolejne dni to dzień w parku Al Areem na wschód od Mutrah–przyjemnie zielonej wyspie między górami i nadmorską autostradą. Tuż obok wieżyczka z armatami, a kilka kilometrów dalej wieś z pałacem sułtana i fortem. To też dzień wśród gór–przy damie Wadi Dayqah. Na koniec Royal Opera House, jak wisienka na torcie.

Do Omanu nie ma bezpośrednich lotów z Polski. Etihad najtańsze przeloty na początku września wycenia na ok. 3800 zł–z Warszawy do Muscatu i spowrotem, z dwiema przesiadkami. Na miejscu jedynie po piętnastu godzinach.

Najwygodniej poruszać się po kraju samochodem. Najtańsze samochody w Sixt można wynająć za 150-180 zł dziennie. Cena benzyny super grade to 180 baisów za litr (1,80 zł) i 188 baisów za litr diesela. Jeden rijal to tysiąc bajsów i dziesięć złotych.

Tama oraz Opera pojawią się w drugiej części.