Domu nie ma

Gdy wyjeżdżałem do Bahrajnu, miałem już za sobą kilka lat na emigracji w Republice Czeskiej—powrót na obczyznę nie był ani bolesny, ani obawiany. Nie obyło się bez pewnej nutki ekscytacji, choć nie wobec wyjazdu, a raczej samego miejsca.

„Podróże kształcą,” gdy jednak słyszę pytanie gdzie jest mój dom, nie wiem co odpowiedzieć. Mieszkam teraz w Krakowie, ale bawiłem wcześniej w siedmiu innych miastach—które z nich mam podać? Każde z nich—Bohumín, Koźle czy Manama—to kilka lat życia, które ukształtowało mnie w jakiś sposób.

Jest to jednak mniej tragiczne niż może się wydawać—dla mnie to wolność. Nie ograniczam swojego świata do jednego miasta, jego rogatki to nie jest koniec mojej strefy komfortu. To oznacza wolność od strachu i wyobcowania w odległych miejscach—również wolność od strachu przed tymi miejscami. Odmienne obyczaje i kultury to potencjalni sąsiedzi, wśród których, przy dozie życiowego ogarnięcia, można wygodnie spać i jeść. To zbliża cały świat; zaś świadomość, że świat jest blisko, to największa wolność na jaką stać człowieka.

Otrzymujesz, w pewien sposób, poczucie bezpieczeństwa. Świat przestaje być obcy, mimo odmienności takiej jak zawsze. Tym bardziej iż ta odmienność przejawia się najbardziej w artefaktach kultury, zaś sam człowiek jako istota biologiczna1 operuje na identycznych zasadach w każdej części świata.

To nie jest recepta na sukces i miliony monet. Nie ma recepty na sukces i miliony monet. Uczucie bliskości ze światem to tylko jakiś sposób na komfort psychiczny w świecie, który z tego komfortu wydaje obdzierać.